Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 07

    Utrzymanie przybycia obcego w sekrecie nie było łatwe. Jako jedyny pasażer został przewieziony ładownikiem na powierzchnię planety i czym prędzej przesadzony do niewielkiego odrzutowego pojazdu, przypominającego dostosowany do cywilnych celów ślizgacz. Okna były przyciemnione, a siedzenia niespodziewanie wygodne.

    Wraz z eskortą przeniknął przez niezbyt duże miasto o obcej architekturze i wyjechał miedzy łagodne zielone wzgórza, upstrzone budynkami gospodarstw. Na polach falowały różnobarwne zboża To był spokojny i dostatni świat. Cywilizowany. Tutaj nie przepędzano młodocianych Yula przez labirynty, nie uczono ich zabijania.

    Randżi współczuł im z całego serca.

    Mknące po niebie strzępiaste chmury boleśnie przypominały mu rodzinną planetę. Kilka kropli deszczu spadło na szyby i zaraz wyparowało. Zastanawiał się, jak radzą sobie jego rodzice, ile jeszcze potrwa, aż dowiedzą się, że ich przybrany syn zaginął. Próbował nie myśleć o ich reakcji. Siostra była jeszcze za mała, by to zrozumieć. Cierpienie pozostałych ukoi świadomość, że Randżi poświęcił się w pełni dla Celu.

    Chociaż, co to za poświęcenie? Żył przecież. Mimo iż nie miał wcale ochoty na podobną egzystencję. Po co? Aby usatysfakcjonować naukowców Gromady? Trzeba jakoś stawić im opór. Przez wzgląd na honor. Własny, rodziców. Dla Kouuada i pamięci o wydarzeniach na Housilat, którego to miejsca nigdy już nie ujrzy.

    Ale z drugiej strony, przecież tutaj też może służyć Celowi.

    Opiekunowie nie zamierzali ryzykować. Przydzielili mu aż dwóch strażników, obaj byli Ziemianami i mężczyznami. Samotny Wais przycupnął dystyngowanie z przodu pojazdu, po drugiej stronie przezroczystej przegrody. Strażnicy siedzieli po obu bokach więźnia. Wyglądali na znudzonych. Randżi zerkał na nich bez lęku.

    Sam musiał jednak wzbudzać spore obawy, skoro na czas podróży skuto mu ręce na plecach. Nie było to zbyt wygodne; pożalił się nawet, ale nikt nie zareagował. Na Ziemianach takie dyskomforty nie robiły widać wrażenia. No tak, byli podobno niecywilizowani.

    Przyjrzał im się uważnie. Po raz pierwszy widział Ziemian poza polem walki i z tak bliska. Jeden był potężnej budowy, wyższy nawet niż Randżi. W uchu miał jakieś drobne urządzenie, z którego dolatywała cicha muzyka. Może dlatego poruszał czasem rytmicznie palcami, zupełnie jak Hivistahm. Może. Poza tym miał też standardowy translator.

    Ziemianin po prawej był mniejszy, ale równie groźny. Zerkał głównie na przepływający za oknem, zmienny krajobraz i miał o wiele ciemniejszą skórę niż kolega. Randżi wiedział, że Ziemianie różnią się znacznie kolorami, podczas gdy skóra Aszreganów zawsze miała barwę złocistej sepii.

    Dotarli do jeszcze bardziej pofałdowanej okolicy. Wkoło pojawiły się sady i lasy. W dali zamajaczyły okryte śniegiem wierzchołki gór. Randżi nie widział prawie tubylców, więcej spotkał ich na pokładzie statku niż tutaj.

    Droga była prawie pusta. Nie wyprzedzali nikogo, ich też nikt nie wymijał. Spotkali tyiko kilka pojazdów jadących w przeciwnym kierunku. Może ten szlak nie jest ogólnie dostępny, pomyślał Randżi.

    Aszregan zdumiewał się obecnością Waisa: przecież wszyscy mieli translatory. Co prawda Waisowie byli nie tylko tłumaczami; potrafili też inne rzeczy, ale jako kierowca byłby chyba stosowniejszy Yula czy O'o'yan. Może ten ptakowaty także był naukowcem, mającym obserwować zachowanie konwojowanego więźnia. Randżi zachichotał w duchu pomyślawszy, że Wais znosił zapewne towarzystwo Ziemian jeszcze gorzej niż Aszregan.

    Niewzruszony w swej elegancji, nie obejrzał się jednak ani razu na współpasażerów. Gdyby tak rzucić się na przegrodę, rozpłaszczyć na niej twarz i pokazać zęby... Waisa pewnie szlag by trafił z przerażenia.

    Randżi wiedział, że przekonywanie Ziemian do istoty Celu to tylko strata czasu. Barbarzyńcy potrafią przyłożyć w ucho nawet bez powodu, wolał zatem nie prowokować ich próbą nawiązania konwersacji. Siedział cicho i podziwiał krajobrazy.

    Zaczęli zwalniać. Spojrzał uważniej. Jakiś ciężki pojazd transportowy pokonywał nieodległe skrzyżowanie i kierowca musiał zatrzymać ślizgacz, aż kolos przejedzie. Ciemniejszy Ziemianin poruszył się niespokojnie, wyraz twarzy nadal jednak miał nieodgadniony. Wyższy nadal upajał się muzyką. Gdzieś pod podłogą szumiał z cicha silnik.

    Randżi zerwał się z miejsca, lewą dłonią sięgnął do mechanizmu otwierającego drzwi. Błyskawicznie powtórzył manewry zapamiętane przy wsiadaniu. Chwilę później kopnął solidnie czarnoskórego Ziemianina, aż ten wyrżnął głową w przezroczystą przegrodę. Popłynęła krew. Jeniec wyskoczył z pojazdu.

    - Łapać go! - krzyknął ranny i Randżi poczuł, jak czyjeś palce próbują zacisnąć się na jego kostce.

    Zamiast uciekać ku najbliższym drzewom, Aszregan obrócił się i kopnął prześladowcę w brodę. Ten nie zdążył nawet wyciągnąć do końca broni, padł w drzwiach, blokując jednocześnie drogę kompanowi. Tamten krzyknął coś rozgłośnie i otworzył drzwi ze swojej strony. Wyrwał słuchawkę z ucha i sięgnął po broń, pewien, że więzień będzie próbował albo uciekać, albo walczyć.

    Jednak Randżi poczekał tylko, aż olbrzym wyskoczy z pojazdu, i władował się z powrotem do środka. Stopą wypchnął rannego na drogę, zatrzasnął po kolei jedne i drugie drzwi i zaraz je zablokował. Był sam w opancerzonym przedziale pasażerskim.

    Wściekły strażnik wrzasnął do Waisa, by ten otworzył przednie wejście, ale przerażony takim natłokiem gwałtowności ptakowaty wpadł w stupor. Siedział nieruchomo z oczami wbitymi gdzieś w przestrzeń, pióra mu drżały i za nic nie chciał nawiązać kontaktu z otoczeniem. Ziemianin pienił się na próżno i tylko pogarszał w ten sposób sytuację. Było dokładnie tak, jak przewidział Randżi.

    Jednak podobny stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Ze skrępowanymi wciąż na plecach rękami Randżi zaczął szukać sposobu wdarcia się do przedziału kierowcy. Wais przeraził się chyba jeszcze bardziej.

    Penetrując otoczenie odkrył mały schowek, wbudowany w tylne oparcia przednich siedzeń. Było w nim kilka zupełnie mu nie znanych narzędzi oraz cały plik przezroczystych kart z oznaczeniami.

    Na zewnątrz Ziemianin wytrwale bębnił w okna i miotał jakieś wyzwiska.

    Randżi obrócił się i ostrożnie wyjął karty. Jedną po drugiej zaczął wsuwać w szczelinę poniżej przepierzenia, ale bariera nijak nie chciała opaść, chociaż za każdym razem rozlegał się charakterystyczny brzęczyk.

    Jedno wszakże zdołał osiągnąć. Krępująca mu ręce plastikowa taśma zwiotczała i rozpadła się na strzępy.

    Zdumiony, ale i uradowany Randżi skorzystał natychmiast z obu rąk i wypróbował pozostałe karty. Ostatnia była właśnie tą właściwą.

    Przepierzenie schowało się w podłodze. Nie spiesząc się już tak bardzo, Randżi schował kartę do kieszeni i przeszedł na puste siedzenie obok zdrętwiałego Waisa i ponownie uniósł barierę. Większy z Ziemian raptownie wpadł w szal.

    Więzień podpatrzył wcześniej, jak prowadzi się taki pojazd, i teraz wyjął ze sztywnych palców Waisa dysk sterowniczy i przeciągnął go na elastycznym wysięgniku na swoją stronę. Urządzenie było przystosowane do różnych rodzajów kończyn rozmaitych istot.

    Długi pojazd transportowy odjechał już dawno na południe i droga była wolna. Randżi położył ostrożnie dłoń na szczycie dysku i odsunął palec na bok. Wóz ruszył z wolna. Ziemianin biegł wciąż obok. Wycelował nawet broń w szybę, ale porywacz nie zwrócił na to uwagi. Był pewien, że jest zbyt cenną zdobyczą, aby zdecydowano się go zabić.

    Ziemianin rzeczywiście nie strzelił, ale nie dał za wygraną. Wskoczył przez odblokowane widać przy jakimś manewrze Randżiego tylne drzwi. Aszregan zdrętwiał. Uderzył kilka razy dyskiem sterowniczym o szybę, aż posypały się jakieś części, na dodatek przednie drzwi stanęły otworem. Czym prędzej wyskoczył z przyspieszającego pojazdu i twardo wylądował na ziemi.

    Gdy wstał, ujrzał wściekłą twarz Ziemianina, odjeżdżającego w zamkniętym przedziale pasażerskim. Widok ten z naddatkiem wynagrodził mu wszystkie doznane przy upadku obrażenia.

    Strażnik zapewne spróbuje utorować sobie strzałami drogę na przednie siedzenie, potem zawróci pojazd i wezwie pomoc. Jechał już za szybko, by próbować skoku, może też urządzenia sterownicze zostały trwale uszkodzone. Tak czy siak, potrwa chwilę, nim cokolwiek zdziała. Przez ten czas Randżi będzie już daleko w lesie.

    Podbiegł do pojękującego na drodze strażnika i kopnął go w kark. Tamten zamilkł, oddychał jednak. Zabijanie bezbronnego nic by nie dało, nijak też nie przysłużyłoby się Celowi.

    Kieszenie rannego pełne były rzeczy osobistych, które Randżi zignorował. Znalazł jednak kolejny plik kart i pakiet z czymś brunatnym i słodkim do jedzenia. Była też szpulka plastikowej nitki. Niestety, broń nieprzytomnego została w pojeździe.

    Wyprostował się i rozejrzał wkoło. Nie mógł liczyć na zbyt wiele czasu. Skierował się ku kępie drzew po prawej. Starał się przy tym zostawiać jak najmniej śladów.

    Sady szybko przeszły w dziki las, pagórkowaty teren urozmaicały wąwozy i rozpadliny, niektóre suche, inne pełne wartko płynącej wody, o brzegach obrośniętych bujną zielenią. Znalezienie kryjówki nie powinno tu być problemem. Randżi wyobraził sobie, że znów jest w Labiryncie. Uśmiechnął się, nie przerywając biegu.

    Przy pierwszej sposobności zamierzał spróbować miejscowych owoców. Jak większość istot inteligentnych Yula byli stałocieplni, zatem hodowane przez nich rośliny powinny w większości być jadalne także dla Aszreganów.

    Zamierzał wędrować do rana. Wiedział, że i tak nie ucieknie z tej planety, nie wróci na Kossut. Jego wkład w wojnę ograniczy się do dokuczania przeciwnikowi, zmusi wroga do przetrząsania każdego krzaka na tym świecie. Może też uda mu się utrudnić życie tubylcom; dość już gnuśnieli w pokoju... Ciekawe, jak długo miejscowe władze zdołają utrzymać fakt jego ucieczki w tajemnicy...

   

   

    Teot dowiedział się o wszystkim od Ósmego, który rutynowo miał dostęp do wszystkich tajnych informacji. Zaraz też podzielili się tym z Szóstym.

    - Mutant uciekł podczas transportu do miejsca badań - oznajmił Hivistahm. - Z ostatnich doniesień wynika, że mimo intensywnych wysiłków, wciąż jest na wolności.

    - Wcale mnie to nie dziwi - stwierdził Teot. - Czegoś takiego właśnie oczekiwałem.

    Szósty spojrzał zdumiony na przyjaciela.

    - I nie jesteś zmartwiony?

    - A czemu niby? Oto spełniają się moje nadzieje.

   

   

    W tej części planety noce były stosunkowo ciepłe i mimo napięcia Randżi zdołał zdrzemnąć się kilka godzin.

    Po obudzeniu przeszukał pobliskie drzewa i z zachowaniem wszelkiej ostrożności spróbował ich owoców. Ostatecznie poczuł, że żołądek jest już pełny, usiadł i poczekał na werdykt organizmu. Złapały go mdłości, ale nie wiedział, czy to ze zdenerwowania, czy z zatrucia. Ostatecznie jednak posiłek skierował się we właściwym kierunku. Dopiero wtedy Randżi pozwolił sobie na kilka głębokich łyków wody ze strumienia.

    Wraz z nim zaspokajało pragnienie wiele drobnych zwierząt. Większość nosiła zielone i niebieskawe futra, jakby trochę za ciepłe na obecną pogodę. Zignorowały go zupełnie, gdy obmywał z dłoni i twarzy lepki sok owoców. Odświeżony sprawdził położenie słońca i skierował się przez las na zachód, w kierunku widzianych z pojazdu gór.

    Był pewien, że ekipy poszukiwawcze przetrząsną całą okolicę drogi. Nikt nie widział jego odejścia w las, a na tej planecie zapewne nie ma tropicieli zdolnych odczytać ślady na trawie. Potrwa trochę, nim takowych sprowadzą.

    Potrwa, ale przecież w końcu to uczynią. Należało przyjąć, że już się za to wzięli. Może nawet są na jego tropie? Takie domysły nie odbierały uciekinierowi odwagi, wręcz przeciwnie. Im więcej zamieszania uczyni, tym lepiej.

    Cały czas trzymał się drzew, które kryły go przed zwiadem powietrznym i nie pozwalały dodatkowo namierzyć czujnikami podczerwieni. Im później go znajdą, tym wyżej zaszyje się w górach. Może nawet znajdzie jakiś system jaskiń, gdzie będzie mógł kryć się całe lata.

    Trzeciego dnia dotarł do podnóża gór. Niedługo potem zaczęła się prawdziwa wspinaczka. W głębi ducha wdzięczny był autochtonom, że zostawili tę część planety w dziewiczym stanie.

    Płytki wąwóz o stromych ścianach przywiódł go do ryczących katarakt. Z pienistej i na zachód płynącej wody wyłowił solidny kawał drewna, przypominający kształtem całkiem poręczną maczugę.

    W zaścielających brzegi stosach kamieni wyszukał kilka stosownych i z pomocą włóknistych łodyg jakiejś rośliny zdołał po wielu wysiłkach przymocować jeden do czubka maczugi. Uzyskał w ten sposób prymitywną broń. Machnął nią kilka razy, aż powietrze zaświszczało. Wreszcie będzie miał coś więcej do obrony niż gołe ręce.

    W nadziei, że znajdzie jeszcze jakiś materiał stosowny na procę, zebrał do kieszeni garść okrągłych kamyków. Jakiś czas szedł potem wzdłuż strumienia, aż zanurkował w krzaki na brzegu.

    Piątego dnia zabił jakiegoś pasącego się roślinożercę. Zwierzę było niemal tak duże jak on sam. Oprawił je, jak mógł najlepiej, co zajęło sporo czasu. Umorusał się przy tym potężnie, ale zdobył ciepłe i woniejące okrycie, chroniące nie tylko przed zimnem i deszczem, ale i przed zostawianiem własnego śladu zapachowego. Próbując w razie potrzeby łazić w tej skórze na czworakach, mógłby nawet zmylić jakiegoś mniej wnikliwego obserwatora.

    Miał zatem broń i coś na kształt zestawu kamuflażowego, czyli znacznie więcej niż nic. Przy odrobinie szczęścia przechytrzy pogonie. Kto by podejrzewał Aszregana o tyle inwencji? Nigdy nie znajdą go w tych górach...

    Zaczynał już być pewien swego, gdy jeden z tropicieli omal go nie dopadł.

    Wkoło musiało być takich wielu, ale ten poruszał się samotnie. Bez wątpienia rozrzucono ich na wielkim obszarze, by zbadać jak najrozleglejszy teren. Wystarczyło przecież znaleźć jeden znak obecności obcego, by wezwać pomoc i...

    Chyba że obcy zdoła pierwszy ujrzeć tropiciela.

    Dwunożna postać była zbyt daleko, by bez lornety ustalić jej rasę. Randżi pomyślał, że to zapewne Massud. Świetny wzrok i długie nogi predestynowały przedstawicieli tej rasy do roli tropicieli.

    Ale mniejsza z tym, uznał. Od tej pory będzie wędrował nocami. Wtedy tamci śpią. Dnie przeczeka w ukryciu i wtedy rozminie się z pogonią. Ruszył na poszukiwanie pierwszej z kryjówek.

    W ten sposób bez przeszkód przetrwał tydzień, potem drugi. Nie wątpił, że miejscowe władze gorączki dostają na myśl o nieuchwytnym i niebezpiecznym zbiegu. Pewnie zastanawiają się, gdzie pojawię się najpierw, siejąc zniszczenie. A może nawet doszli do wniosku, że musiałem spaść z jakiejś skały lub umrzeć z głodu?

    Pewien swego bezpieczeństwa, przedzierał się przez pogrążony w nocnym mroku las, pełen dziwnie powyginanych drzew, gdy niespodziewanie natknął się na obozowisko tropiciela.

    W pierwszej chwili pomyślał, że to tylko zwykła nierówność terenu. Dopiero gdy nadepnął na skrytą pod maskującym kocem postać, rozległ się krzyk i strzał.

    Odruchowo użył maczugi. Skutecznie. Więcej strzałów nie było, postać pod kocem znieruchomiała. Randżi odszedł ciężko kilka kroków i usiadł na ziemi. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że dopiero teraz pojął, ile miał szczęścia. Ostrożnie dotknął palcami lewej skroni. Wciąż jeszcze odczuwał żar promienia. Trochę w prawo i byłoby po oku. Gdyby nie wyćwiczony refleks...

    W pierwszej chwili chciał uciekać, jednak zmusił się, aby podejść do bezwładnej sylwetki. Jeśli tropiciel nie żyje, to reszta szybko zorientuje się w sytuacji, nie mogąc nawiązać z nim łączności. Jednak jego wyposażenie może się jeszcze na coś przydać.

    Najpierw schował do kieszeni zdumiewająco mały pistolet, potem ściągnął koc i złożył go starannie. Plecak leżał w nogach posłania i był pełny, co budziło nadzieję. W ciemności sięgnął dłońmi wyżej i wyczuł pozbawione sierści nogi. To nie mógł być Massud. Dotarł do pasa z wyposażeniem, odpiął go i założył na własne biodra. Ledwo go opasywał, ale dał się zapiąć.

    W trakcie dalszych poszukiwań przekonał się mimochodem, że tropiciel jest ssakiem rodzaju żeńskiego. W szczegółach przypominał Aszregana, jednak sama myśl, aby cokolwiek mogło wynikać z kontaktu z przedstawicielką tak barbarzyńskiej rasy jak Ziemianie, wywołała u niego dreszcz obrzydzenia. Nie mówiąc już o tym, te ta osoba zabiłaby go bez mrugnięcia okiem. Tropicielka jęknęła z cicha. Znaczy, cios nie był śmiertelny. Odszukawszy głowę wyczuł na palcach lepką wilgoć krwi. Rozległ się kolejny, głośniejszy tym razem jęk.

    Randżi zastanowił się, co począć z tym fantem. Zabijanie nie było mu pierwszyzną; dość Ziemian ustrzelił na Koba, ale wiedział, że im mniej szkód wyrządzi podczas ucieczki, na tym lepsze traktowanie może liczyć po schwytaniu. Nikt i nigdy nie lituje się nad zimnym mordercą.

    Przy pasie znalazł komunikator. Nie stracił w ucieczce translatora, co dawało mu szansę na podsłuchiwanie rozmów pozostałych tropicieli. To mogło się przydać.

    Pora ruszać w drogę, mruknął pod nosem. Z drugiej strony, jeśli poczeka, aż tropicielka odzyska przytomność, może zdoła dowiedzieć się od niej, jak liczne są siły tropicieli i co piszczy w okolicznej trawie. Nie był Ampliturem, by wniknąć do jej umysłu, ale znał jeszcze inne metody przesłuchań. Potem zawsze można ogłuszyć ją na nowo.

    Przysiadł i czekał. Obejrzał sobie jeszcze w mdłym blasku jedynego księżyca miniaturowy zestaw nawigacyjny, po czym zmożył go sen.

    Zasypiał i budził się wielokrotnie, ilekroć zakrzyknęło w pobliżu jakieś nocne stworzenie. Tropicielka wciąż leżała nieruchomo.

    Wstał razem z pierwszym blaskiem świtu. Odszukał najbliższy strumyk. Zaczerpnął wody do znalezionego kubka i wlał tropicielce w usta. Zakrztusiła się. Resztę wylał jej na twarz i usiadł znów obok. Na wszelki wypadek nie wypuszczał broni z ręki.

    Obróciła się, zamrugała. Gdy go ujrzała, błyskawicznie przyszła do siebie. Zerknęła na swoje biodra i stwierdziła brak pasa. Potem odkryła, że plecak też zniknął.

    Ciekawie muszę wyglądać, pomyślał Randżi. Aszregański mundur, zdarta ze zwierza skóra na grzbiecie... Zanim się odezwał, sprawdził dwukrotnie translator.

    - Przepraszam, że musiałem uderzyć cię aż tak mocno, ale wszedłem na ciebie w ciemności, strzeliłaś do mnie i zareagowałem odruchowo. Mogłaś mnie zabić.

    - Nie zamierzałam. - Dziewczyna miała miły głos, chociaż wiadomo, że głośnia Ziemian zbudowana jest nieco inaczej niż Aszreganów. - Mamy schwytać cię żywego. Do badań. - Usiadła i skrzywiła się czując ból głowy. - Też mnie zaskoczyłeś. Mogłeś mnie zabić.

    Zaprzeczył.

    - Nie zamierzałem. Chcę, byś żyła. Musimy pogadać.

    Spojrzała na niego z ukosa i lekko się uśmiechnęła. Nie pokazała przy tym zębów, jak czynią to Ziemianie w chwili wielkiego rozweselenia, przez co Randżi nie poczuł się dotknięty.

    Dostrzegł, że mięśnie tropicielki napinają się pod kocem, i uniósł wyżej pistolet będący w istocie promiennikiem cieplnym.

    - Proszę, nie. Niepotrzebne zabijanie nie służy Celowi. Tego bym nie chciał.

    Rozluźniła się.

    - Tak lepiej. Nazywam się Randżi-aar, chociaż to akurat pewnie już wiesz. Może też zechciałabyś się przedstawić?

    Zawahała się, aż w końcu wzruszyła ramionami. Ostatecznie była na jego łasce.

    - Trondheim. Heida Trondheim. Szybki jesteś. Dałeś nam popalić.

    - Pragnienie pozostania wolnym to potężny bodziec.

    Spojrzała na niego, wyprostowała nogi i wstała. Musiała oprzeć się o drzewo.

    - No, to ciesz się nią, póki możesz. Osaczamy cię z wolna. Cała okolica pełna jest tropicieli. Niedługo zaczną szukać również mnie. Musisz być cenną zdobyczą - zauważyła po chwili. - Słyszałam, że dowództwo Okręgu dostało szajby na wiadomość o twojej ucieczce.

    - Miło mi to słyszeć. A co do pogoni, to ścigacie mnie już od wielu dni i jakoś ciągle nie możecie złapać.

    Przyjrzała mu się uważniej.

    - Nie zachowujesz się jak Aszregan. Wyglądasz też tak jakoś dziwnie.

    Znowu!

    - Nie jestem żadnym cudakiem - jęknął.

    - Ani łagodnym motylkiem - stwierdziła, przykładając palce do obolałej głowy. - Zamierzasz mnie zabić?

    - Nie, chyba że mnie do tego zmusisz. Wolałbym zadać ci kilka pytań.

    - Nie oczekuj, że chętnie na nie odpowiem.

    - Nie musisz wcale chcieć - wskazał na broń. - Czuj się zmuszona. - Wyciągnął z kieszonki pasa urządzonko wielkości palca. Było szare i metalowe, z dyszą z jednej strony i przyciskiem z drugiej. - Co to jest?

    Zacisnęła usta i założyła ręce na piersi.

    - Trudno. Inaczej chyba się nie dowiem... - Wycelował dyszę w jej kierunku i przybliżył palce do guzika.

    Pochyliła się i uniosła obie ręce w obronnym geście. Schował owo coś, wtedy niechętnie zaczęła udzielać wyjaśnień.

    - Obezwładniający gaz binarny o wielkiej mocy. Kontaktowy. Poza tym nieszkodliwy.

    - Sądząc po twojej reakcji...

    - No i proszę, żartujesz. Aszreganie nie żartują.

    - Niektórym się zdarza.

    Usiadła i otrzepała mundur.

    - Oglądałam twoje zdjęcia, ale nie miałam pojęcia, że aż tak przypominasz człowieka.

    - Wszyscy Aszreganie są do was podobni - odparł znużony już tematem.

    Potrząsnęła głową.

    - Nie do tego stopnia. Przede wszystkim jednak jesteś za wysoki. Wyższy nawet niż wielu mężczyzn.

    - Mam sporo niższych przyjaciół i kilku nawet wyższych ode mnie. Normalne zróżnicowanie w obrębie gatunku.

    - To coś więcej.

    Patrzyła na niego tak przenikliwie, aż Randżi poczuł się nieswojo. Gdyby pominąć gładką czaszkę i małe oczy, byłaby nawet ładna. W kwestii nóg pozostawiała dowolną Aszregankę na pobitym polu, miała jednak mniejsze palce, każdy innej długości. Im było jaśniej, tym więcej różnic dostrzegał.

    - Powiedziano nam, że należysz do grupy specjalnie przekształconych Aszreganów. Teraz, gdy cię widzę, wierzę w to bez zastrzeżeń.

    - Jestem aszregańskim oficerem - odparł oschle. - Waszym wrogiem. I nikim więcej. Nie sądź, że przekonasz mnie do swoich fantastycznych teorii.

    - Teraz znowu wyłazi z ciebie Aszregan... Nic dziwnego, że jajogłowi tak pragną cię z powrotem.

    - Wcale za nimi nie tęsknię.

    - Cholera - stwierdziła półgłosem, nagle zmieniając temat. - Ale wpadłam. Cały oddział będzie się ze mnie śmiał.

    - Twoje problemy osobiste mnie nie obchodzą. - Wstał, a dziewczyna aż się skuliła pod drzewem. - Bez tego chyba nie zdołasz mnie wytropić. - Wziął znalezioną w plecaku lornetę z mnożnikiem i sam ją założył. Taśma zacisnęła się automatycznie. Teraz widział lepiej i więcej. - Chyba nieco utrudnię wam zadanie.

    Odwrócił się i podniósł plecak.

    - Znaczy, że naprawdę nie zamierzasz mnie zabić?

    - Powiedziałem już, kto wierzy w ideały Celu...

    - Dobra, dobra. Na polu walki dziwnie o tym zapominacie.

    - Niestety, ale będę musiał ogłuszyć cię raz jeszcze. Na wszelki wypadek. Poza tym nic do ciebie nie mam.

    Westchnęła ciężko.

    - Skoro musisz. Mam nadzieję że potkniesz się na jakiejś skałce i złamiesz obie nogi. Co nie znaczy, że coś do ciebie mam.

    Uśmiechnął się.

    - Muszę przyznać, że jesteś prawie atrakcyjna.

    - Wybij to sobie z głowy. Należymy do różnych gatunków.

    - Aha - stwierdził Randżi z satysfakcją. - Zatem nie jesteśmy aż tak podobni.

    Schował broń i sięgnął po maczugę.



Strona główna     Indeks